|
|
|
Z dziennika Kursanta, część 2 |
|
|
|
|
Redaktor: Agi, Autor tekstu: Remigiusz (Roland), zdjęcia: Roland, Andrzej B.
|
|
05.11.2010. |
|
(W celu powiększenia miniatur, kliknij w zdjęcie)
| | 6 listopada 2009
Andrzej
zachęca mnie do przyjazdu do Mieroszowa, pogoda ma być idealna i...
taka właśnie okazuje się być. Piątek, a więc niewielki tłok, co pozwala
mi bezstresowo latać. Na miejscu pakujemy Marsa na „Ruraka”, czyli na
specjalny pojazd złożony (zespawany) z kilku samochodów, służący do
transportu na startowisko rozłożonych lotni. Jedna na przodzie maski,
dwie na ciągnionej przyczepie. Poza rozłożonymi lotniami jest wstanie
zabrać nieskończoną ilość pozostałego sprzętu latającego i pilotów (nie
pamiętam aby zdarzyło się, żeby dla kogoś/czegoś brakło miejsca). Przed
pierwszym lotem mam niezłego stracha, przecież ostatnio leciałem kawał
czasu temu i ze znacznie mniejszej góry. Sprężam się i lecę w miarę
poprawnie, nieco szarpiąc się ze sterownicą. Potem z każdym lotem
podchodzę wyżej i czwarty lot jest już spod samej rampy. Tempo
niesamowite, gdyż co drugi zlot Andrzej zabiera mnie Rurakiem na górę, a
gdy muszę podchodzić, to względu na niską temperaturę, nie pocę się tak
jak w lecie i idzie się całkiem przyjemnie. W ostatnich lotach
przekładam już ręce na sterownicę i chowam nogi do kokonu. | | |

| |
| | Trochę wieje,
więc loty są wysokie ze względu na przebywanie w obszarze noszeń
zboczowych. Niesamowity postęp w stosunku do ślizgów sprzed miesiąca. Po
12 lotach w czasie trzech i pół godziny kończymy dzień, hangarujemy
sprzęt i rozjeżdżamy się do domów. Dawno nie zasypiałem w tak świetnym humorze. | |
| | 14 listopada 2009
Na
latanie wybieram się z moim dobrym znajomym, paralotniarzem i
modelarzem Czesiem. Pogoda nie jest tak mroczna jak tydzień temu,
wiaterek 2-3 metry, idealnie z południa. Tego dnia zaczynam II etap
szkolenia. Na stoku hole idą pełną parą, więc Rurak jest zajęty
rozciąganiem liny i tylko dwa razy udaje mi się podjechać nim z lotnią
na start. Pozostałe 9 podejść robię „z buta” i tutaj ciekawostka,
podchodzi mi się znacznie sprawniej niż paralotniarzom, którzy jeden po
drugim zaczynają powątpiewać w rzekomą „zabójczą” wagę lotni. Tym razem w
lataniu skupiam się na treningu zakrętów. Brzmi to banalnie, zrobić
zakręt – odchylić się i lotnia skręci. W praktyce reakcje nie są takie,
jakby się to mogło wydawać. Najbardziej zadowolony jestem z dwóch
ostatnich lądowań, wykonanych przy zerowym wietrze, bez kroku dobiegu.
Największa wtopa dnia, to próba startu bez podpięcia się do lotni.
Zagaduję się z kolegą i stąd to zdarzenie, ale to niczego nie tłumaczy.
To moim obowiązkiem jest sprawdzenie podwieszenia. Już po kilku krokach
orientuję się, że coś jest nie tak, ale daję słowo, nie jest łatwo
wyhamować lotnię. Gdyby zbocze było bardziej strome, skończyłoby się to
gorzej. Ten incydent denerwuje mnie i zmusza do zrobienia sobie
kilku minut przerwy. Generalnie dzień zaliczam do udanych, mimo, że moje
loty to szurania ledwie na kilkunastu metrach nad ziemią, gdy w tym
samym czasie koledzy po starcie z holu latają nade mną. No cóż, taka
jest kolej rzeczy, kiedyś to ja będę przyglądał się z góry czyimś
pierwszym krokom. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej możliwości
wzniesienia się w powietrze.
| |
| |

| | | 18 stycznia 2010
Zima
w pełni, ale to nie zwalnia z latania czy też myślenia o lataniu. Moja
propozycja na wykorzystanie zimy to... trening z rowerem w górach.
Możliwości jest wiele, na początek niech będzie wchodzenie pod górę.
Rower jest sporo lżejszy od lotni (mój to około 14 kg), jednak godzinne
podchodzenie z nim na plecach pod coś większego, wydatnie poprawi
późniejsze podchodzenie z lotnią. W dół jest wiele możliwości, można
szybko schodzić z rowerem na plecach, ćwiczyć równowagę, kontrolować
zwisy itd., zaś dość częste wywrotki przy zjeździe w dół, wykorzystać jako
symulację nieudanego lądowania, gdzie ćwiczymy odruch szybkiego
puszczenia sterownicy (tutaj: kierownicy). Ćwiczymy także przewroty
przez bark (prawy i lewy na zmianę) na miękkim niczym materac podłożu
śniegowym. Na zdjęciu: zbliżam się do schroniska na wys. 1218 m.npm,
podchodząc od ok. 500 m.npm.
| |
| | 28 lutego 2010
Dziś druga już w tym roku próba inauguracji sezonu lotniowego,
poprzednia nie wypaliła ze względu na niespodziewany opad śniegu. Tym
razem ma być dobrze, okazuje się być niestety za wietrznie. Niebo jest
całe usłane soczewkami, wiatr silny, porywisty i z wschodnią,
niebezpieczną odchyłką, nie ma nawet mowy o lataniu. Mimo to na miejscu
pojawia się kilku glajciarzy, próbują latać, ale kończy się to klapami
na pół skrzydła. Nawet nie dotykam lotni, ale dzień nie jest zmarnowany,
dowiaduję się sporo na temat lotniczej historii Mieroszowa. Począwszy
od czasów sprzed II wojny światowej, gdzie było tu niemieckie
szybowisko, przez pierwsze lata powojenne, kiedy to Polacy korzystali z
lotniczych walorów tego miejsca, mroczne lata 50-te, kiedy to całą
infrastrukturę zaorano i wymazano z literatury na wzór „Roku 1984”
Orwella. Aż po czasy współczesne, czyli odbudowę szybowiska, niestety w
zasadzie od zera i nie w tym miejscu, gdzie ono pierwotnie istniało.
| |
| | 18 marca 2010
Do
trzech razy sztuka, dziś wreszcie udaje się pierwszy raz oderwać się od
ziemi w tym roku. W Mieroszowie spotykam się z Tomkiem, który właśnie
kupił Merlina „Kamikadze boski wiatr” i przymierza się do oblotu.
Latanie zaczynamy od... odśnieżania przy pomocy kilofów szopy, w której
garażuje Rurak. Zajmuje nam to ponad godzinę, ale za to potem wygodnie
podjeżdżamy razem z całym sprzętem pod sam start. Zaszczyt pierwszego
lotu przypada mi, jednak ciężar tej doniosłej chwili przytłacza mnie na
tyle, że psuję start i tylko dzięki stromiźnie pierwszych metrów
rozbiegu i łagodnej charakterystyce Marsa nie kończy się na niczym
groźnym. Drugi startuje Andrzej na lotni Tomka, potem Tomek, potem ja i
tak na zmianę robimy po 7 zlotów. Dzień jeszcze krótki, więc nie jest
nam dane długo cieszyć się lotami, wiaterek zdycha i chwilę później
zaczyna nawet podwiewać z tyłu. Zbieramy się i po złożeniu sprzętu i
zjedzeniu porcji pierogów w barze, rozjeżdżamy się do domów.
| | |

|
|
| | 18 kwietnia 2010
Ten
dzień to typowo mieroszowski warun z całym wachlarzem atrakcji z tym
związanych... Na stoku jest kilkanaście lotni i kilka razy tyle
paralotni. Warunki są trudne, bo jest silny wiatr, do południa termika, a
po południu wiatr się wzmaga i uwidaczniają się zafalowania w górnych
warstwach atmosfery. Niżej zbocza szkolą się chłopaki z pierwszego
etapu, ja zaś latam spod samej rampy. W powietrzu turbulencje są takie,
że po 6 lotach tego dnia, mam dwa dni zakwasy na tricepsach. W czasie
lotu udaje się jeździć po zboczu z 3-4 zakrętami po 90 stopni, dużo
wysiłku fizycznego kosztuje mnie trzymanie kierunku lotu. Po wylądowaniu
trzeba jeszcze zatargać lotnię na szczyt. Wiatr jest taki, że wydaje mi
się, iż waży ona ze dwa razy więcej niż powinna. Dwa razy zdarza się,
że niezabezpieczone lotnie koziołkują. Dzień jak najbardziej udany,
każdy kto chce, lata do bólu, oczywiśćie na miarę swoich możliwości i
umiejętności. Jedyne niedogodności tego dnia, to „przeszkody terenowe” w
postaci stawiających skrzydła glajciarzy. Zaś na koniec dnia las nad
zboczem „farbuje” się w różne kolory wiszącymi na drzewach paralotniami.
| |
| |

| | | 24 kwietnia 2010
Dzięki
błyskawicznej akcji Andrzeja i Piotrolota staję się posiadaczem lotni
Seedwings Funky 17. Używka, aczkolwiek trudno się w niej doszukać
jakichkolwiek śladów eksploatacji. Lekka i kulturalnie wykonana z
wszelką dbałością o detale, z od razu z przyciętą rurą kilową pod
Mosquito (ma atest DULV do latania z napędem), ciesząca oko. Niestety
pogoda nie pozwala na jej oblatanie, jedyne co nam się udaje, to
rozłożenie i poprzymierzanie się, a i z tym są problemy ze względu na
silne szkwały i przelotne opady. Mam nadzieję, że czym prędzej uda mi
się ją oblatać, a w przyszłości dane mi będzie spędzić z nią dużo miłych
chwil w powietrzu.
| |
| | 30 kwietnia 2010
I
znów latanie. Ponieważ wieje z północy, jedziemy na zbocze „Krasna
Hora” wystawione na ten kierunek, kilkanaście kilometrów od Mieroszowa.
To tutaj rok temu dane mi było pierwszy raz na dłużej oderwać się w
powietrze, zaś tym razem pojawiam się bogatszy o umiejętności i już z
własnym sprzętem. Na miejscu jest 7-miu lotniarzy i prawie tyle samo
paralotniarzy. Andrzej oblatuje lotnię w tradycyjnym stylu, puszczając
sterownicę i machając rękami przez większość lotu. I wreszcie nadchodzi
ta niezapomniana dla mnie chwila, stoję przypięty i gotowy do startu,
chwila skupienia i po kilku krokach jestem w powietrzu. W delikatnym
szumie wiatru dolatuję do lądowiska, cały lot idzie tak, jak go sobie w
głowie zaplanowałem. W kolejnych lotach skupiam się głównie nad
eleganckim zakręcaniem, nad czym muszę jeszcze dużo popracować.
Szczególnie gdy się na własne oczy widziało, jak takie zakręcanie
wygląda. Andrzej goni nas do latania, przez co każdemu wypada po 6-7
lotów. Atmosfera tego dnia jest naprawdę świetna, za co wypada
podziękować wszystkim będącym tego dnia na stoku.
| | |
 | |
| | 13 czerwca 2010
Kolejny
wypad do Mieroszowa. Warunki zapowiadają się obiecująco, ale na miejscu
tak nie jest. Pomimo chmur idących idealnie z południa, na stoku wieje
słabo z południowego wschodu. Dopiero termika prostuje kierunek i w
takich warunkach trzeba startować. Zlatuję trzy razy, ale daje mi to
znacznie więcej, niż 6 lotów sprzed dwóch tygodni. Jest trudniej (terma i
rotory od drzew), ćwiczę lądowania i starty w kichowatych warunkach, a w
drugim locie rozpoznaję i zwalczam PIO. Nawet stoję na starcie gotowy
do czwartego lotu, ale wtedy wiatr definitywnie zmienia kierunek na
przeciwny. Mój Funky lata fajnie, ale do noszenia jest znacznie gorszy
od Marsa. Kroplowe rury sterownicy cisną punktowo, a ramiona sterownicy
łączą się tak wysoko, że nie sposób go nieść, klinując sterownicę o
kark, bo przeszkadza w tym głowa. Dzień uważam za udany. Bo na
latanie trzeba się wybierać nawet wtedy, gdy warun nie jest bankowy.
Czasami, gdy ma być stuprocentowe latanie, a jest kicha, to takie dni
zniechęcają do ruszenia się, gdy jest tak sobie. Ale czasami bywa i tak,
że warun zlituje się i z byle jakiego dnia zrobi się latańsko na
całego. Od siedzienia w domu rośnie brzuch, a nie nalot.
| |
| |
 | | | 21-25 czerwca 2010
Te
pięć dni spędzam w Mieroszowie na kończeniu II etapu i wlataniu się w
moją lotnię. Na miejscu zastaję sporą ekipę lotniarzy, 5 naszych i 4
Czechów. Ponieważ nie wierzę, że latanie będzie od rana do nocy, więc
żeby spożytkować jakoś nielotny czas, zabieram rower z zamiarem
pokręcenia się trochę po okolicy. Ze względu na bardzo silny północy
wiatr na latanie wybieramy się dopiero po południu. Rano po śniadaniu
wsiadam więc na rower i robię po 20-30 km po okolicznych górach, trochę
na czuja, bo w całym Mieroszowie nie daje się kupić turystycznej mapy.
Potem obiad, wyjazd na północne zbocze, 6-7 lotów, powrót, kolacja. A
potem wieczorno-nocna integracja międzynarodowego środowiska lotniowego.
Trzy pierwsze dni tak mi dają w kość, że... cieszy mnie czwarty, gdy
ze względu na wyjątkowo silny wiatr nie ma lotów. Natomiast piąty dzień
jest wyjątkowo udany, wreszcie solidnie polatali chłopaki z I etapu.
| |
| | Te
30 lotów, które robię przez ten czas (z niedużej, bo 60-metrowej górki)
pod opieką Andrzeja, przydają mi się bardzo. Przede wszystkim okazuje
się, że w trudniejszych warunkach mam kłopoty z opanowaniem lotni w
ostatniej fazie lądowania. Pojawia się nawet podejrzenie, że z lotnią
jest coś nie tak, ale zostaje ponownie oblatana i nie widać w jej
zachowaniu niczego niepokojącego. Przyczyną moich kłopotów są nieznaczne
błędy w pozycji i technice lądowania, których ja nie widziałem i z których
zupełnie nie zdawałem sobie sprawy. Dzięki Andrzejowi i Wojtkowi udaje się
zidentyfikować, co źle robię, pomaga w tym nagranie video. W nielotny
czwartek sporo czasu poświęcam na „myślowe treningi” poprawnego
lądowania, a piątek jest dniem rzeczywistych lądowań, które wychodzą
już perfekcyjne. Teraz czuję się już pewnie w startach i lądowaniach i
mogę bezstresowo zabrać się za wyższe i dłuższe latanie. Podliczam
wszystkie swoje loty, - wychodzi ich dokładnie 81. Mnie właśnie tyle
było potrzebne, aby nabrać poczucia pewności i jako takiej świadomości
tego, co się dzieje z lotnią w powietrzu. Z perspektywy czasu myślę
sobie, że nawet naczytawszy się wszystkiego możliwego lotniach, a bez
całego mojego obecnego doświadczenia, gdybym próbował polecieć lotnią...
mógłbym liczyć tylko na szczęście. Raz mi się coś takiego udało - na
paralotni, gdzie nauczyłem się latać sam z literatury. Drugi raz nie
chciałem przeżywać czegoś podobnego. | |
Poniżej przydatny link dla osób, które planują rozpocząć przygodę z lotniarstwem: (dopisek redakcji)
Lotniarstwo - ile to kosztuje - przeczytaj zanim zaczniesz
| Komentarze | Dodane przez Agi w dniu - 2010-11-05 10:41:49 Roland, wielkie kciuki za szybkie i bezpieczne dokończenie szkolenia, co mam nadzieję pozwoli nam wkrótce przeczytać 3 odcinek "Dziennika"   | Brawo! Dodane przez Mesiek w dniu - 2010-11-06 20:02:40 Aga on już jakby ukończył szkolenie ale jeszcze o tym nie wie Roland. Najważniejsze szkolenie u lotniarza odbywa się w głowie. Fajnie napisane. Oj, żeby wszyscy kursanci mieli takie prawidłowe podejście do szkolenia. Będziesz latał wysoko i pewnie. To pewne  | Dodane przez roland w dniu - 2010-11-08 20:12:03 Dziękuję wszystkim za doping. Kolejną część "Z dziennika kursanta" na bieżąco pisze życie. Szkolenie posuwa się do przodu, na przekór dwóm największym przeszkodom z którymi przychodzi mi się zmagać: brakiem czasu i złą pogodą. Oczywiście nauka w lotniarstwie nie ma końca! |
Aby doda komentarz zaloguj si. Jeli nie masz konta, za je sobie. Tylko zarejestrowani uytkownicy mog pisa komentarze. Powered by AkoComment 2.0 PL++ Polska adaptacja - © Copyright 2005 by APW Zwiastun - Joomla Demo PL |
|
|