|
|
|
Moje Bassano - artykuł wspominkowy z września 2010 |
|
|
|
|
Redaktor: Maciej Fuczik, red. Agi
|
|
22.10.2010. |
| | |
|  | | | | |
Moje
Bassano
Wyjazd
na latanie poza granicami RP wydawał się całkowicie nierealny. Gdy
Endrju wspomniał mi o tym, że z Andrzejem chcą pojechać na Lijak,
to coś we mnie drgnęło.
Przypomniał
mi się wyjazd z 2008 roku. Mimo, iż nadal kołowrót spraw życia
codziennego i rachunek ekonomiczny złowieszczo kiwały palcem nad
głową, to gdzieś w duszy zacząłem już płynąć pod prąd. Endrju
i Andrzej. Sterylny i Michalo. Dwa zespoły, dwa samochody. Obdzwoniłem
kolegów, ale niestety nikt się nie pisał na taką naprędce
zorganizowaną eskapadę. Już powoli godziłem się z myślą, że
jednak nie tym razem.
| |
| | Dzwoni
telefon. Bartek. -
Wiesz, tak przeczytałem, co napisałeś na Krzyku… Nawet
nie musi kończyć, czujemy to samo. Fizycznie osadzeni w jesiennym
kraju, a dusza już gdzieś daleko. Tam gdzie ciepło i można poczuć
się jak prawdziwy ptak, a nie jak pingwin.
Dni
lecą jak godziny. Tyle spraw do załatwienia… O
dziwo okazuje się, że w pracy i w domu wszystko jakoś się układa. Pakowanie
nie zajmuje dużo czasu. Piątek po południu, jedziemy. Sam
jeszcze w to nie wierzę.
W
drodze okazuje się, że wszyscy będący już na miejscu podejmują
decyzję, że jadą do Bassano. Ponoć tam ma być lepszy "warun". Chcąc
nie chcąc, musimy dodatkowo spędzić w samochodzie około 3 godziny.
Nie ma wyjścia. Decyzja
ta jednak okazuje się słuszna. Już
na kampingu, w sobotę około 5-ej nad ranem wita nas Michalo. Szybkie rozbicie
namiotu i lądujemy w śpiworach. Pobudka, śniadanie i jedziemy na
lądowisko. Małe może nawet nie jest, ale szpaler drzew z
winogronami pomiędzy nimi i to na środku lądowiska, ponadto
podejście znad zabudowań, nie robią dobrego wrażenia.
Serpentynami na górę pniemy się dość szybko.
Pierwsze
wejście na rampę wzbudza… uśmiech! Rewelacyjna
rampa, prawidłowo nachylona. Widok przepiękny. Przedstartowy
stresik jednak jak zwykle daje o sobie znać. Rozładowuje go nieco
Sterylny, szukając swojego profilu do lotni. Jednak poświęcenie zespołu
Endrju-Andrzej jest nieocenione. Andrzej dał profil, Endrju
go przerobił. Tyle, że jak w wierszu: "Biega, krzyczy pan Hilary...
Gdzie są moje okulary!?". Profil się znalazł. Było trochę
śmiechu :-D.
Summa
summarum widać, że wszyscy latają i tylko pojedynczy piloci idą w
stronę lądowiska. Pierwszy
startuje Michalo. Drugi Endrju. Za krótką chwilę ja też stoję
na rampie. Kilka kroków i jestem w powietrzu. Idę w lewo i razem z
Endrju walczymy o metry w kotle na lewo od startu. Już widać, że
miodu nie ma. Bardzo wąskie pasma noszeń, przechodzące szybko w
duszenia. Endrju jak to on ma w zwyczaju, nie pozostawia cienia
wątpliwości, kto tu rządzi. Wznosi się szybko. Ja mozolnie drapię
się do góry. Latam ciężko i wkładam w to sporo siły. Nowe
miejsce, marny nalot w tym sezonie. Spinam się zupełnie
niepotrzebnie. Jednak za chwilę wyskakuję wyżej i już mogę zobaczyć
cały masyw Monte Grappa. Strome zbocza, na których usytuowana jest
rampa, przechodzą za ich górną krawędzią w łagodniejszy i już
nienajeżony skałami teren. W niższych partiach tego terenu jest
jeszcze sporo lasów, ale te szybko ustępują trochę wyżej
pastwiskom, które pięknie podkreślają urodę tego pagórkowatego
terenu. W tym niesamowitym krajobrazie wznosi się i wije wyraźną
wstęgą droga na szczyt. Lecąc przelatuję nad gospodarstwami
umiejscowionymi w bliskości drogi. Grzbiet
masywu raz wznosi się bardziej stromo, raz łagodniej. | |



| | Powiedziano
mi, że na szczycie jest mauzoleum upamiętniające poległych
żołnierzy w czasie I Wojny Światowej. Czegoś
takiego jednak się nie spodziewałem. Z powietrza wygląda dziwnie,
ale skrajnie inne uczucia towarzyszyły mi, gdy pojechaliśmy tam z
Bartkiem samochodem. Miało to miejsce w poniedziałek, więc by
utrzymać ciągłość zdarzeń, napiszę o tym trochę dalej.
Lądowanie
wychodzi mi nieźle. Może odrobinę zbyt wolno na podejściu. Chwilę
po mnie wszyscy powoli kierują się w stronę lądowiska. Jedne
lądowania wychodzą lepiej, inne gorzej. Generalnie średnia niezła,
patrząc na wyczyny lotniarzy spoza naszej grupy. Na
kempingu uzupełniamy kalorie, gadamy do późna i po prostu
delektujemy się daną nam chwilą.
Następny
dzień (niedziela) zapowiada się nieźle. Bartek tym razem już ze sprawnym
wariometrem, Michalo mocno zdeterminowany, żeby dłużej polatać.
Andrzej już spokojniejszy o to, jak sobie poradzi po długiej
przerwie w lataniu (spokojnie, tego nie da się zapomnieć :-D).
Endrju i Sterylny chyba bez zmian. To starzy wyjadacze. Oni latają
tak, jakby to był spacer po parku, aż przyjemnie patrzeć. W tym dniu postanawiam zapuścić się dalej na wschód. Po doleceniu do
szczytu rozglądam się za kolegami. Mam coś koło 1700 mnpm.
Niestety akurat nie ma nikogo, kto mógłby polecieć na drugą
krawędź kotła, wysuniętego w tamtym kierunku razem ze mną. Widzę
jednak, że kręci się tam jakaś lotnia w noszeniu. Postanawiam
do niej dołączyć. Dolatuję znacznie niżej niż pilot GTR-a i
szybko tracę go z oczu. Spokojnie jednak podkręcam do wysokości
trochę poniżej 1700 i po krótkiej zabawie nad granią wracam. Gdy
jestem w okolicach startu, łapię słabe noszenie. Pode mną
przyłączają się dwa ni to Myszołowy, ni to Jastrzębie. Są
coraz bliżej. Będąc około 10 metrów pode mną, jeden z nich w czasie lotu
odwraca się na plecy, zerkając czy to grożąc mi szponami :-).
Chwilę później jeden jest tak blisko, że prawie mogę go dotknąć.
Jestem pod takim wrażeniem ich majestatycznego lotu, że sam wypadam
co chwilę z noszenia. To
spotkanie było fantastyczne. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak
zapada w pamięć. Lecę
jeszcze nad grań zachodnią i dalej nad położoną wysoko Villaggio
del Sole. Wracam w okolice startu i następnie kieruję się w stronę
lądowiska. Jeszcze trochę na południe, żeby nieco wydłużyć
powstały trójkącik. Lądowanie nieco nerwowe, wykończone piękną
katastrofą. Bez żadnych szkód, poza rysą na honorze (Endrju
patrzył ;-)).
Zgodnie
z zapowiedziami pogoda w poniedziałek nie daje szans na latanie.
Chłopaki podejmują decyzję o powrocie do kraju. Oczywiście przed
wyjazdem absolutnie niezbędna jest wizyta po małe conieco ;-). Zaopatrzeni
w dobroci włoskiej winnicy, żegnamy z Bartkiem resztę
towarzystwa. Szkoda, że nie mogą zostać jeszcze ten jeden dzień
dłużej. | |

| | My
jedziemy odwiedzić wspomniane już mauzoleum na szczycie. Wieje
silny wiatr z północnego wschodu. Robimy parę zdjęć na górnym
startowisku i jedziemy dalej, na parking. W taka pogodę jest tu całkiem
pusto. Czekamy chwilę w samochodzie, gdyż chmura spowiła szczyt.
Przejaśnia się, więc biegniemy do góry dla rozgrzewki.
Dopiero
na samej górze widać smutną potęgę tego miejsca. Setki imion i
nazwisk poległych tu żołnierzy. Rozmieszczenie ich na tablicach,
na pionowych ścianach tarasów schodzących w dół zbocza, potęguje
wrażenie ogromu tragedii, która się tu rozegrała. O tym miejscu
Włosi mówią, że to ich Termopile. Żołnierze niemieccy i
austro-węgierscy nadciągali od strony słoweńskiej
(Caporetto-Kobarid) w roku 1917. W trudnych jesienno-zimowych
warunkach, jedynie opór na brzegach rzeki Piave bronił dostępu do
Włoch. Zaciekłe walki w tym rejonie trwały długo i dobrze opisuje
je artykuł w dwóch częściach:
http://www.worldwar1.com/heritage/mtg1.htm
Na
mnie duże wrażenie zrobił szpaler tablic z nazwiskami żołnierzy.
W takich miejscach uświadamiam sobie fizyczność tych osób.
Czytając książki historyczne, widzę zdarzenia, miejsca, daty,
strategie zastosowane w bitwach. Będąc na miejscu i stojąc przed
jedną z setek tablic, łatwiej jest zobaczyć dramat wojny w losach
szarego żołnierza. Łatwiej dociera do mnie, że równie dobrze
mógłbym to być ja. Ten człowiek miał rodzinę, dom i piękne
marzenia. Może o lataniu… Inna
rzecz robiąca wrażenie to same nazwiska. Niektóre bardzo znajomo
brzmią… Przypomnę,
że będąc mieszkańcem np. Galicji, każdy młody mężczyzna
podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej. Czy to
dobrowolnie, czy siłą, wcielony trafiał w tym okresie w wir wojny. Taka
bolesna historia dotyczyła również członków mojej rodziny. Ba,
data śmierci jednego z nich pokrywa się z trwającymi w tym miejscu
działaniami. To dodatkowo potęguje we mnie uczucie przebywania w
miejscu, gdzie pamięć budzi tożsamość. | |



| | Wieje
silny i zimny wiatr. Czarne
ptaki bawią się na północnej krawędzi w kłakach chmur nad
mauzoleum. Trudno
byłoby uwierzyć, że nie sprawia im to przyjemności… Jest
nam zimno, więc chętnie wracamy do samochodu. Na
kampingu delektujemy się totalnym lenistwem. Po chwili namysłu dochodzimy z
Bartkiem do wniosku, że to nie lenistwo, a
"kontemplowanie nic-nierobienia". To bardzo ważna czynność! Jeszcze
jedno – i baaardzo przyjemna :-). Wino smakuje wybornie, Bartkowa
książka o lataniu (zawsze
mówi o niej z namaszczeniem :-)) pozwala przenieść się do tak
wielu rejonów w Alpach. Zdjęcia miejsc przeskoków, najlepszych
noszeń, rozbudzają wyobraźnię. Obaj
mamy jednak świadomość, że wybieranie się na jakiś dalszy
przelot w dniu następnym jest wykluczone, bo po południu zamierzamy wyruszyć w
drogę powrotną do domu.
Na
start jedziemy wcześniej. W
zasadzie pisać o lataniu jest trudno. Jak opisać to, co nam
towarzyszy? Jakie uczucia, wrażenia wypełniają nam głowy? Tak
sobie myślę, że jedynie jakieś spektakularne zdarzenia mogą
wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, ale przecież latanie to
składowa tak wielu elementów. Te elementy to rzeczy, które
pojedynczo są tylko suchymi strzępami rzeczywistości. Dopiero ich
pełny zbiór dałby szansę na opis całości. Sęk w tym, że dla
każdego ten zbiór będzie składową innych fragmentów. W zasadzie poleciałem w podobne miejsca, pogoda była również
podobna, ale latanie jak zwykle zupełnie inne. :-) Dość, że
powiem, iż było fantastycznie!
Czas
powrotu. Żal, że tak krótko. Pozostaje wielka satysfakcja i
niedosyt. Trzeba będzie tu wrócić. Ta myśl pozwoli przetrwać
zimę :-).
Arrivederci
Monte Grappa!
(Dopisek Agi:) Poniżej tracki Maćka z trzech dni w Bassano:
http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100911&reference=0d52690d8fd65bf6
http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100912&reference=fde5994abd8e444e
http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100914&reference=cca6a71ad3cc915b
|
| Komentarze | Dodane przez gumi_krakus w dniu - 2010-10-22 10:02:36 ;) no aż się rozmarzyłem - jak poetycko ;) Art. Oczywiście super ;) | Dodane przez Agi w dniu - 2010-10-22 11:06:16 Tak... to opowiadanie jest po prostu piękne... Chwyta za serce  | Wiele zdjęć z tej wyprawy... Dodane przez Agi w dniu - 2010-10-22 11:31:51 znajduje się na Forum w wątku Bassano, wrzesień 2010 | Dodane przez kowis w dniu - 2010-10-22 12:24:39 Kolega naprawdę ma talent. Przeniosłem się myślami do tej chwili kiedy pierwszy raz stanąłem na rampie w Bassano. Jakby to Endrju skwitował "dupa się marszczy". pozdrawiam do Następnego! | Dodane przez michalo w dniu - 2010-10-22 22:21:31 Trudno byłoby lepiej to wszystko opisać, i zdjęcia też piękne. Ale mam wrażenie, że zdjęć zrobiłeś trochę więcej. Gdybyś zechciał się nimi podzielić i wrzucić na naszą stronę z krótkimi komentarzami byłoby jeszcze fajniej. Pozdrawiam, Michalo  | Dodane przez Endrju w dniu - 2010-10-23 21:48:05 Masz talent!...rzuć wszystko i pisz felietony..przez chwilę byłem w Bassano z całą naszą paczką... | Dodane przez Mesiek w dniu - 2010-10-24 23:10:01 Dziękuję za ciepłe słowa. Michał - obiecuję się poprawic Wstawię je w tym tygodniu. Obiecuję! Endrju - próbowałem kiedyś, ale przy moim podejściu raczej bym się nie wyżywił ( i nie chodzi o to żebym tak dużo jadł ) | Dodane przez sterylny w dniu - 2010-10-26 16:12:20 Coś mi się wydaje,że śmiało możesz pretendować do tytułu dyżurnego felietonisty na naszych wspólnych wyjazdach. Naprawdę dobrze Ci to wychodzi. Dzięki za fajny artykuł. | Dodane przez bartek w dniu - 2010-11-21 19:24:01 Wyjazd genialny, artykuł genialny, ludzie jak ja wytrzymam do wiosny... Spalinowy bzykacz też jest fajny, jednak latanie bez termiki to tylko połowa przyjemności. A latanie bez termiki i jeszcze samemu to już kompletnie do dundra.  |
Aby doda komentarz zaloguj si. Jeli nie masz konta, za je sobie. Tylko zarejestrowani uytkownicy mog pisa komentarze. Powered by AkoComment 2.0 PL++ Polska adaptacja - © Copyright 2005 by APW Zwiastun - Joomla Demo PL |
|
|