17.05.2012.
 
  Home arrow Home arrow Artykuły różne arrow Moje Bassano - artykuł wspominkowy z września 2010
template designed by peekmambo.com
 

Nasza nowa strona.. naturalnie pod adresem http://www.lotnie.pl juz funkcjonuje i ma sie dobrze!

Na tej nie mozna sie zalogowac!! Jest dostepna tylko do wgladu! 

 
Menu Główne
Home
Forum
Galeria
Kalendarz
Video
SKLEPIK
Moje Bassano - artykuł wspominkowy z września 2010 PDF Drukuj Email
Redaktor: Maciej Fuczik, red. Agi   
22.10.2010.
   
     

Moje Bassano


Wyjazd na latanie poza granicami RP wydawał się całkowicie nierealny.
Gdy Endrju wspomniał mi o tym, że z Andrzejem chcą pojechać na Lijak, to coś we mnie drgnęło.

Przypomniał mi się wyjazd z 2008 roku. Mimo, iż nadal kołowrót spraw życia codziennego i rachunek ekonomiczny złowieszczo kiwały palcem nad głową, to gdzieś w duszy zacząłem już płynąć pod prąd.

Endrju i Andrzej. Sterylny i Michalo. Dwa zespoły, dwa samochody.
Obdzwoniłem kolegów, ale niestety nikt się nie pisał na taką naprędce zorganizowaną eskapadę. Już powoli godziłem się z myślą, że jednak nie tym razem.

 
 

Dzwoni telefon.
Bartek.
- Wiesz, tak przeczytałem, co napisałeś na Krzyku…
Nawet nie musi kończyć, czujemy to samo. Fizycznie osadzeni w jesiennym kraju, a dusza już gdzieś daleko. Tam gdzie ciepło i można poczuć się jak prawdziwy ptak, a nie jak pingwin.

Dni lecą jak godziny. Tyle spraw do załatwienia…
O dziwo okazuje się, że w pracy i w domu wszystko jakoś się układa. Pakowanie nie zajmuje dużo czasu.
Piątek po południu, jedziemy. Sam
jeszcze w to nie wierzę.

W drodze okazuje się, że wszyscy będący już na miejscu podejmują decyzję, że jadą do Bassano. Ponoć tam ma być lepszy "warun". Chcąc nie chcąc, musimy dodatkowo spędzić w samochodzie około 3 godziny. Nie ma wyjścia. Decyzja ta jednak okazuje się słuszna.
Już na kampingu, w sobotę około 5-ej nad ranem wita nas Michalo. Szybkie rozbicie namiotu i lądujemy w śpiworach. Pobudka, śniadanie i jedziemy na lądowisko. Małe może nawet nie jest, ale szpaler drzew z winogronami pomiędzy nimi i to na środku lądowiska, ponadto podejście znad zabudowań, nie robią dobrego wrażenia. Serpentynami na górę pniemy się dość szybko.

Pierwsze wejście na rampę wzbudza… uśmiech!
Rewelacyjna rampa, prawidłowo nachylona. Widok przepiękny.
Przedstartowy stresik jednak jak zwykle daje o sobie znać. Rozładowuje go nieco Sterylny, szukając swojego profilu do lotni. Jednak poświęcenie zespołu Endrju-Andrzej jest nieocenione. Andrzej dał profil, Endrju go przerobił. Tyle, że jak w wierszu: "Biega, krzyczy pan Hilary... Gdzie są moje okulary!?". Profil się znalazł. Było trochę śmiechu :-D.

Summa summarum widać, że wszyscy latają i tylko pojedynczy piloci idą w stronę lądowiska.
Pierwszy startuje Michalo. Drugi Endrju. Za krótką chwilę ja też stoję na rampie. Kilka kroków i jestem w powietrzu. Idę w lewo i razem z Endrju walczymy o metry w kotle na lewo od startu. Już widać, że miodu nie ma. Bardzo wąskie pasma noszeń, przechodzące szybko w duszenia. Endrju jak to on ma w zwyczaju, nie pozostawia cienia wątpliwości, kto tu rządzi. Wznosi się szybko. Ja mozolnie drapię się do góry. Latam ciężko i wkładam w to sporo siły. Nowe miejsce, marny nalot w tym sezonie. Spinam się zupełnie niepotrzebnie. Jednak za chwilę wyskakuję wyżej i już mogę zobaczyć cały masyw Monte Grappa. Strome zbocza, na których usytuowana jest rampa, przechodzą za ich górną krawędzią w łagodniejszy i już nienajeżony skałami teren. W niższych partiach tego terenu jest jeszcze sporo lasów, ale te szybko ustępują trochę wyżej pastwiskom, które pięknie podkreślają urodę tego pagórkowatego terenu. W tym niesamowitym krajobrazie wznosi się i wije wyraźną wstęgą droga na szczyt. Lecąc przelatuję nad gospodarstwami umiejscowionymi w bliskości drogi.
Grzbiet masywu raz wznosi się bardziej stromo, raz łagodniej.

 







 Powiedziano mi, że na szczycie jest mauzoleum upamiętniające poległych żołnierzy w czasie I Wojny Światowej.
Czegoś takiego jednak się nie spodziewałem. Z powietrza wygląda dziwnie, ale skrajnie inne uczucia towarzyszyły mi, gdy pojechaliśmy tam z Bartkiem samochodem. Miało to miejsce w poniedziałek, więc by utrzymać ciągłość zdarzeń, napiszę o tym trochę dalej.

Lądowanie wychodzi mi nieźle. Może odrobinę zbyt wolno na podejściu. Chwilę po mnie wszyscy powoli kierują się w stronę lądowiska. Jedne lądowania wychodzą lepiej, inne gorzej. Generalnie średnia niezła, patrząc na wyczyny lotniarzy spoza naszej grupy.
Na kempingu uzupełniamy kalorie, gadamy do późna i po prostu delektujemy się daną nam chwilą.

Następny dzień (niedziela) zapowiada się nieźle. Bartek tym razem już ze sprawnym wariometrem, Michalo mocno zdeterminowany, żeby dłużej polatać. Andrzej już spokojniejszy o to, jak sobie poradzi po długiej przerwie w lataniu (spokojnie, tego nie da się zapomnieć :-D). Endrju i Sterylny chyba bez zmian. To starzy wyjadacze. Oni latają tak, jakby to był spacer po parku, aż przyjemnie patrzeć.
W tym dniu postanawiam zapuścić się dalej na wschód. Po doleceniu do szczytu rozglądam się za kolegami. Mam coś koło 1700 mnpm. Niestety akurat nie ma nikogo, kto mógłby polecieć na drugą krawędź kotła, wysuniętego w tamtym kierunku razem ze mną. Widzę jednak, że kręci się tam jakaś lotnia w noszeniu. Postanawiam do niej
dołączyć. Dolatuję znacznie niżej niż pilot GTR-a i szybko tracę go z oczu. Spokojnie jednak podkręcam do wysokości trochę poniżej 1700 i po krótkiej zabawie nad granią wracam. Gdy jestem w okolicach startu, łapię słabe noszenie. Pode mną przyłączają się dwa ni to Myszołowy, ni to Jastrzębie. Są coraz bliżej. Będąc około 10 metrów pode mną, jeden z nich w czasie lotu odwraca się na plecy, zerkając czy to grożąc mi szponami :-). Chwilę później jeden jest tak blisko, że prawie mogę go dotknąć. Jestem pod takim wrażeniem ich majestatycznego lotu, że sam wypadam co chwilę z noszenia.
To spotkanie było fantastyczne. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak zapada w pamięć.
Lecę jeszcze nad grań zachodnią i dalej nad położoną wysoko Villaggio del Sole. Wracam w okolice startu i następnie kieruję się w stronę lądowiska. Jeszcze trochę na południe, żeby nieco wydłużyć powstały trójkącik. Lądowanie nieco nerwowe, wykończone piękną katastrofą. Bez żadnych szkód, poza rysą na honorze (Endrju patrzył ;-)).

Zgodnie z zapowiedziami pogoda w poniedziałek nie daje szans na latanie. Chłopaki podejmują decyzję o powrocie do kraju. Oczywiście przed wyjazdem absolutnie niezbędna jest wizyta po małe conieco ;-).
Zaopatrzeni w dobroci włoskiej winnicy, żegnamy z Bartkiem resztę towarzystwa. Szkoda, że nie mogą zostać jeszcze ten jeden dzień dłużej.
 



 My jedziemy odwiedzić wspomniane już mauzoleum na szczycie. Wieje silny wiatr z północnego wschodu. Robimy parę zdjęć na górnym startowisku i jedziemy dalej, na parking. W taka pogodę jest tu całkiem pusto. Czekamy chwilę w samochodzie, gdyż chmura spowiła szczyt. Przejaśnia się, więc biegniemy do góry dla rozgrzewki.

Dopiero na samej górze widać smutną potęgę tego miejsca. Setki imion i nazwisk poległych tu żołnierzy. Rozmieszczenie ich na tablicach, na pionowych ścianach tarasów schodzących w dół zbocza, potęguje wrażenie ogromu tragedii, która się tu rozegrała. O tym miejscu Włosi mówią, że to ich Termopile. Żołnierze niemieccy i austro-węgierscy nadciągali od strony słoweńskiej (Caporetto-Kobarid) w roku 1917. W trudnych jesienno-zimowych warunkach, jedynie opór na brzegach rzeki Piave bronił dostępu do Włoch. Zaciekłe walki w tym rejonie trwały długo i dobrze opisuje je artykuł w dwóch częściach: http://www.worldwar1.com/heritage/mtg1.htm

Na mnie duże wrażenie zrobił szpaler tablic z nazwiskami żołnierzy. W takich miejscach uświadamiam sobie fizyczność tych osób. Czytając książki historyczne, widzę zdarzenia, miejsca, daty, strategie zastosowane w bitwach. Będąc na miejscu i stojąc przed jedną z setek tablic, łatwiej jest zobaczyć dramat wojny w losach szarego żołnierza. Łatwiej dociera do mnie, że równie dobrze mógłbym to być ja. Ten człowiek miał rodzinę, dom i piękne marzenia. Może o lataniu…
Inna rzecz robiąca wrażenie to same nazwiska. Niektóre bardzo znajomo brzmią…
Przypomnę, że będąc mieszkańcem np. Galicji, każdy młody mężczyzna podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej. Czy to dobrowolnie, czy siłą, wcielony trafiał w tym okresie w wir wojny.
Taka bolesna historia dotyczyła również członków mojej rodziny. Ba, data śmierci jednego z nich pokrywa się z trwającymi w tym miejscu działaniami. To dodatkowo potęguje we mnie uczucie przebywania w miejscu, gdzie pamięć budzi tożsamość.

 





 Wieje silny i zimny wiatr.
Czarne ptaki bawią się na północnej krawędzi w kłakach chmur nad mauzoleum.
Trudno byłoby uwierzyć, że nie sprawia im to przyjemności…
Jest nam zimno, więc chętnie wracamy do samochodu.
Na kampingu delektujemy się totalnym lenistwem. Po chwili namysłu
dochodzimy z Bartkiem do wniosku, że to nie lenistwo, a "kontemplowanie nic-nierobienia". To bardzo ważna czynność! Jeszcze jedno – i baaardzo przyjemna :-).
Wino smakuje wybornie, Bartkowa książka o lataniu (zawsze mówi o niej z namaszczeniem :-)) pozwala przenieść się do tak wielu rejonów w Alpach. Zdjęcia miejsc przeskoków, najlepszych noszeń, rozbudzają wyobraźnię.
Obaj mamy
jednak świadomość, że wybieranie się na jakiś dalszy przelot w dniu następnym jest wykluczone, bo po południu zamierzamy wyruszyć w drogę powrotną do domu.

Na start jedziemy wcześniej.
W zasadzie pisać o lataniu jest trudno. Jak opisać to, co nam towarzyszy? Jakie uczucia, wrażenia wypełniają nam głowy? Tak sobie myślę, że jedynie jakieś spektakularne zdarzenia mogą wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, ale przecież latanie to składowa tak wielu elementów. Te elementy to rzeczy, które pojedynczo są tylko suchymi strzępami rzeczywistości. Dopiero ich pełny zbiór dałby szansę na opis całości. Sęk w tym, że dla każdego ten zbiór będzie składową innych fragmentów. W zasadzie poleciałem w podobne miejsca, pogoda była również podobna, ale latanie jak zwykle zupełnie inne. :-) Dość, że powiem, iż było fantastycznie!

Czas powrotu. Żal, że tak krótko. Pozostaje wielka satysfakcja i niedosyt.
Trzeba będzie tu wrócić. Ta myśl pozwoli przetrwać zimę :-).

Arrivederci Monte Grappa!








(Dopisek Agi:) Poniżej tracki Maćka z trzech dni w Bassano:

http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100911&reference=0d52690d8fd65bf6

http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100912&reference=fde5994abd8e444e

http://www.xccomp.org/module.php?id=21&l=en&contest=INT&date=20100914&reference=cca6a71ad3cc915b

 

Komentarze
Dodane przez gumi_krakus w dniu - 2010-10-22 10:02:36
;) no aż się rozmarzyłem - jak poetycko ;)  
Art. Oczywiście super ;)
Dodane przez Agi w dniu - 2010-10-22 11:06:16
Tak... to opowiadanie jest po prostu piękne... 
Chwyta za serce :-)
Wiele zdjęć z tej wyprawy...
Dodane przez Agi w dniu - 2010-10-22 11:31:51
znajduje się na Forum w wątku 
Bassano, wrzesień 2010
Dodane przez kowis w dniu - 2010-10-22 12:24:39
Kolega naprawdę ma talent. Przeniosłem się myślami do tej chwili kiedy pierwszy raz stanąłem na rampie w Bassano. Jakby to Endrju skwitował "dupa się marszczy". 
pozdrawiam do Następnego!
Dodane przez michalo w dniu - 2010-10-22 22:21:31
Trudno byłoby lepiej to wszystko opisać, i zdjęcia też piękne. 
Ale mam wrażenie, że zdjęć zrobiłeś trochę więcej. Gdybyś zechciał się nimi podzielić i wrzucić na naszą stronę z krótkimi komentarzami byłoby jeszcze fajniej. 
Pozdrawiam, 
Michalo :-)
Dodane przez Endrju w dniu - 2010-10-23 21:48:05
Masz talent!...rzuć wszystko i pisz felietony..przez chwilę byłem w Bassano z całą naszą paczką...
Dodane przez Mesiek w dniu - 2010-10-24 23:10:01
Dziękuję za ciepłe słowa. Michał - obiecuję się poprawic ;-) Wstawię je w tym tygodniu. Obiecuję! 
Endrju - próbowałem kiedyś, ale przy moim podejściu raczej bym się nie wyżywił :grin ( i nie chodzi o to żebym tak dużo jadł ;-) )
Dodane przez sterylny w dniu - 2010-10-26 16:12:20
Coś mi się wydaje,że śmiało możesz pretendować do tytułu dyżurnego felietonisty na naszych wspólnych wyjazdach. Naprawdę dobrze Ci to wychodzi. Dzięki za fajny artykuł.
Dodane przez bartek w dniu - 2010-11-21 19:24:01
Wyjazd genialny, artykuł genialny, ludzie jak ja wytrzymam do wiosny... :roll  
Spalinowy bzykacz też jest fajny, jednak latanie bez termiki to tylko połowa przyjemności.  
A latanie bez termiki i jeszcze samemu to już kompletnie do dundra. :p

Aby doda komentarz zaloguj si. Jeli nie masz konta, za je sobie.
Tylko zarejestrowani uytkownicy mog pisa komentarze.

Powered by AkoComment 2.0 PL++
Polska adaptacja - © Copyright 2005 by APW Zwiastun - Joomla Demo PL

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Losowa fotografia


Temporary name, please change.

Ruslan Bushchak

17 May, 2012 3:21am

Sponsored Links

© 2012 lotnie .pl - LOTNIARSTWO w POLSCE
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.

Get The Best Free Mambo Templates at www.peekmambo.com